RZĄDOWE SAMOLOTY PILOTOWAŁY DZIECI!

I nie chodzi tu wcale o pilotów-dzieci – opowiada emerytowany płk Roman W. – były nawigator 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Spotykamy się po paru miesiącach. W sprawie katastrofy pod Smoleńskiem nadal więcej jest spekulacji niż informacji, więcej podejrzeń niż konkretnych danych z śledztwa… I jeszcze długo tak będzie.

Dlaczego?

- Bo to z reguły trwa. Proszę przyjrzeć się tego rodzaju śledztwom. Wyniki podawane są do publicznej wiadomości często po latach.

Czyli musimy uzbroić się w cierpliwość?

- Kto musi, ten musi. Ponad 30 latach służby w JW 2139…

Przepraszam, ale…

- Dawniej jednostki wojskowe miały tylko numery. A to była najnormalniejsza jednostka wojskowa. Ze służbą zasadniczą, kotami, przysięgami i całą tą wojskową otoczką. Moje dzieci podając miejsce pracy ojca zawsze używały tego skrótu: „JW 2139”. I nikt się nie dopytywał, wszyscy wiedzieli, o co chodzi. Przepraszam, może nie była to taka normalna jednostka, ale specjalna, specjalnego przeznaczenia.

Elita lotnictwa?

- Nie. Elitą są zawsze ci, którzy bronią naszych granic, którzy w razie konfliktu pierwsi idą w ogień walki. I często zginą. To jest elita. My po prostu byliśmy do innych zadań.

Ale chętnych do służby w… JW 2139 nie brakowało?

- Oczywiście. Marzeniem każdego absolwenta dęblińskiej Szkoły Orląt – tych, którzy nie wybrali latania na samolotach bojowych – było dostanie się tutaj.

Dlaczego?

- Wie pan… Zagraniczne wyloty, kontakt z najważniejszymi ludźmi w państwie, inne pieniądze, zakupy zagranicą, przywożenie towarów, których u nas wtedy nie było…

Na przykład?

- Złoto. Nie znam pilota, który nie dorabiałby sobie na sprowadzaniu złota z ówczesnego Związku Radzieckiego. Oczywiście dla siebie (np. pierścionki dla żony, obrączki dla dzieci) i na handel. Poza tym alkohole, dywany, nawet sprzęt domowy. Zresztą wszyscy dokładnie o tym wiedzieli. Chociażby ci, którzy mieli to szczęście mieszkać w pobliżu baz radzieckich. Tam handlowali prawie wszyscy.

Wróćmy jednak do specpułku. W trakcie śledztwa w sprawie Smoleńskiej katastrofy co raz ujawniane są zadziwiające fakty. Przykładowo, w trakcie lotu do kabiny pilotów praktycznie mieli dostęp wszyscy.

- To prawda. Ale przecież to jest wojsko. Można wymyślić i spisać najlepsze przepisy, ale wojsko pozostaje wojskiem. Przekładanie na tę formację na przykład przepisów z lotnictwa cywilnego mija się w ogóle z celem. Czytam często ze zdziwieniem, jak możliwe było, aby w kabinie przesiadywał dowódca wojsko lotniczych i szef protokołu. Kto ich tam wpuścił, skoro w nagraniach nie pojawia się żadne słowo na ten temat. Przepraszam, generał, dowódca miał pytać swoich podwładnych o zezwolenie wejścia?! Może w jakiejś innej armii, ale na pewno nie w naszej.

Ale to było złamanie przepisów…

- Powiem panu coś. Specpułk lotniczy rządził się i rządzi się zupełnie innymi prawami. Pyta pan o generała, dowódcę, a ja powiem panu, że za moich czasów w kabinach samolotów rządowych przesiadywały nawet dzieci. I na dodatek pilotowały te samoloty!

Jak to pilotowały?!

- Często mieliśmy loty „na pusto”. Trzeba było kogoś odebrać np. z Krakowa lub Poznania. Lecimy w jedną stronę sami, wyrabiając w tym samym czasie godziny ćwiczeń. Zdarzało się jednak, że czyjaś żona, albo rodzina właśnie wybierały się w tamtym kierunku, np. na wczasy, w odwiedziny do rodziny itp. Brało się wtedy ich na pokład. Za darmo rzecz jasna i nikt nie zastanawiał się, czy wolno i nikt nie pytał o zgodę. Wartownik nie zatrzyma przecież na bramie żony kapitana… W samolocie też nikt nie zadawał zbędnych pytań, bo taka była norma. Czasem, zwłaszcza, jak leciał synek kolegi, wpuszczało się go za stery. Tak dla zabawy. Niech pozna, poczuje. Oczywiście zawsze obok siedział drugi pilot i kontrolował co mały robi…

Zaraz, zaraz, mówi pan, że rządowy samolot pilotował jakiś gnojek?!

- A bo to raz. Niech znajdzie pan pancerniaka, który nie wsadził syna do czołgu i nie przewiózł go po poligonie. A wizyty na strzelnicach, żeby maluchu postrzelały sobie. Amunicji na takie zabawy nigdy nie brakowało.

Wszyscy dziwią się, że generał, dowódca wojsk lotniczych był w kabinie.

- Znam i takich, którzy wyganiali pilotów zza sterów i zajmowali ich miejsca. Chcieli sobie polatać, przypomnieć, jak to było w szkole i później, kiedy jeszcze zawodowo latali. I co, pilot miał im tego zabronić?!

Z tego co Pan mówi wynika, że właściwie 36. Specjalny Pułk Lotnictwa to jedna wielka granda.

- Nie wiem jak było przez ostatnie lata, ale za moich czasów to była po prostu norma. I chyba niewiele zmieniło się, skoro teraz wszyscy udają zdziwienie. Z jednym wyjątkiem. Nikt wtedy nie skąpił na szkolenia już latających pilotów. Kiedy tylko zdarzała się okazja, np. kilkudniowy postój za wschodnią granicą, zawsze ćwiczyliśmy na symulatorach. Bo co innego było robić? Ile człowiek może wypić w hotelu, czy szwendać się po sklepach? A gospodarze zawsze starali się nas czymś zaskoczyć, wymyślali sytuacje naprawdę niesamowite, abyśmy tylko byli w stałej gotowości, przygotowani na wszystko. Woziliśmy przecież najważniejszych ludzi w państwie.

Teraz ten sam pułk też wozi najważniejszych…

- Tylko ktoś, gdzieś, na wysokim stołku nie wziął pod uwagę, że pilotem się zostaje po to, aby całe późniejsze życie zawodowe uczyć się i szkolić. Kiedyś było nie do pomyślenia, że szef wyszkolenia wojsk lotniczych uważał za wysokiej klasy specjalistę kogoś, kto spędził kilkadziesiąt godzin w samolocie. Ja z kimś takim do samolotu bym nie wsiadł. Zwłaszcza na lot na lotnisko, którego w ogóle nie zna…

Ale inni wsiedli…

- I mieli pecha. Fatalna pogoda, błąd pilota i tragedia gotowa...

Można było jej uniknąć?

- To czysta spekulacja. Tak samo, jak i wiele innych pojawiających się teraz, już po fakcie.

„Mądry Polak po szkodzie”…

- Nauka powinna wyjść jedna. Skoro wojsko teraz jest pod cywilna kontrolą, to niech będzie to faktycznie kontrola. Niech cywile siedzą w swoich gabinetach i główkują, w jaki sposób ułatwić żołnierzom, wszędzie, na każdym posterunku, pełnienie ich służby. Ale broń Boże, niech nie biorą się do rządzenia, wydawania rozkazów, decydowania, co jest dla wojska dobre, a co złe, jaki samolot ma lecieć i z kim, gdzie ma lądować i po co. Jeśli tego nie zrozumiemy, ta tragedia i jej ofiary pójdą na marne…

Rozmawiał: KONRAD WYSOCKI
(MY21)

Copyright © Aktivlife.eu - PRESS NEWS 2010. Wszystkie zawarte na stronie materiały chronione są prawami autorskimi.
Kopiowanie bądź rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody redakcji jest zabronione.