DETEKTYW W SPÓDNICY

Stereotyp detektywa to dwumetrowy, wysportowany, silny mężczyzna, z
bronią za pasem. Czy klienci nie są zdziwieni, gdy widzą
niewysoką,drobną blondynkę?

- Dopytują się, czy pani na
pewno jest detektywem... Jestem nim już od 22 lat. W 1988 r., gdy
poznałam mojego byłego już męża Krzysztofa Rutkowskiego, wspólnie
zaczęliśmy pracować w Austrii i Polsce na nazwisko „Rutkowski”.
Musiałam przekwalifikować się z pracy tłumacza na detektywa i wiele
nauczyć: słownictwa prawno-policyjnego, żargonu gangsterskiego.
Początkowo zajęliśmy się odnajdywaniem skradzionych samochodów. Trzeba
było stworzyć kontakty do siatki służb i instytucji, które w zawodowych
przypadkach powinny ze sobą i z nami współdziałać. Obejmowały one
policję, sądy, ubezpieczenia, Interpol, urzędy celne, wypożyczalnie
samochodów. Nauczyłam się błyskawicznie przetwarzać uzyskiwane
informacje, np. z 17 znaków nadwozia odczytać, z jakiego kraju samochód
pochodzi, do kogo należał, kto go ubezpieczał. Moim zadaniem było
zdobywanie i  weryfikacja informacji, mąż pracował w terenie -
zabezpieczał pojazd, powodował zatrzymanie sprawców i prezentował
światu medialnie sukces.

Ile samochodów udało się wam odnaleźć?

- W okresie boomu, czyli w latach 90. odprowadzaliśmy do właścicieli około 300 samochodów rocznie.

W jakim kraju ginie ich najwięcej?

-
Mistrzem świata jest Wielka Brytania, z tym, że samochody te, ze
względu na prawostronną kierownicę, trafiają do Afryki lub Australii.
Drugie miejsce zajmują Włochy, gdzie notowanych jest tysiąc kradzieży
każdego dnia. W Austrii ginie zaledwie 4-4,5 tys. samochodów rocznie, z
czego 3 tysiące przypada na Wiedeń i okolice. 65 procent austriackich
samochodów ginie za granicą i w wielu przypadkach jest to oszustwo
ubezpieczeniowe.

Co na „rynku” kradzionych samochodów zmieniło się od lat 90.?


- Pojazdy kradnie się rzadziej za granicą, a głównie we własnym
kraju,  bo i tu różnorodność marek i chodliwych typów jest
wystarczająca. Przeznacza się je przede wszystkim na części zamienne.
Otworzył się wielki obszar na terenie b. ZSRR, myślę tu zarówno o jego
części europejskiej, jak i azjatyckiej. Polacy nadal uchodzą za
najlepszych włamywaczy. Nie tylko samochodowych. Są zamawiani nawet do
włamań w USA. Ciągle funkcjonuje mit „Polaka - złodzieja”, świetnego
zawodowca, dobrze przygotowanego technicznie i zdeterminowanego.

Jakimi sprawami najczęściej się Pani zajmuje?

-
To cały kompleks tematów: windykacja długów, kradzieże, oszustwa,
wymuszenia, ustalanie stanu majątkowego i wiarygodności finansowej
firm, poszukiwania osób, rozwody, adopcja, handel ludźmi, uprowadzenia
dzieci - najczęściej przez jednego z rodziców i nierzadko z mieszanych
małżeństw.

Czy zawsze udaje się odzyskać porwane dzieci?

-
Były przypadki odnalezienia dziecka utopionego czy zamęczonego.
Zdarzają się porwania przez psychopatę-kolekcjonera, który gwałci,
męczy, buduje bunkry w lesie albo podwójne ściany w domu. Nasze biuro
zawsze w takich sprawach współpracuje z policją, ale nie w ramach
konkurencji, lecz wymiany informacji. Mamy dobre kontakty z policją, co
sobie bardzo cenimy.

Ostatnio zajęła się Pani wywiadem gospodarczym. Kiedyś taką działalność nazywano „Wirtschatsspionage”.

-
Wywiad gospodarczy to szerokie pojęcie, jest to detektywistyka
inteligentna. Polega np. na wprowadzeniu do zarządu spółki, koncernu
czy firmy „naszego człowieka”. Jest to osoba, która z jednej strony
jest detektywem, z drugiej musi być wysokiej klasy fachowcem w danej
dziedzinie.
Celem takich działań jest wykrycie i udowodnienie nieprawidłowości w
firmie. Zgłaszają się do nas przedsiębiorstwa i osoby prywatne, które
podejrzewają kradzież czy korupcję. Ostatnio na Śląsku zarząd
„Termoplastu”, filii wielkiego austriackiego koncernu 
produkującego okna, zwrócił się do nas o pomoc. Ustaliliśmy, że
pracownicy - od dozoru obiektu po służby techniczne - stworzyli w tej
firmie swoje prywatne przedsiębiorstwo. Produkowali na lewo okna w
skali 70 sztuk miesięcznie. Proceder trwał przez lata. Wiele osób
zostało aresztowanych.

Czy w pracy biura pomagało czy przeszkadzało to, że mąż był posłem?

-
Jego kadencja posła to nie był okres naszej wspólnej pracy i dlatego
nie mogę się do tego odnieść. Mąż mieszkał w Polsce z konkubiną, a ja
walczyłam w Austrii o rozwód. Od kwietnia 2004 r. nie jestem już żoną
Krzysztofa Rutkowskiego. Znalazłam dystans do przeszłości i interesuje
mnie wyłącznie przyszłość.

W wyniku rozwodu nastąpił podział majątku.

-
Mąż zatrzymał firmę detektywistyczną w Łodzi i w Warszawie, ja
zatrzymałam firmę w Austrii i założyłam filię tejże firmy w Chorzowie
razem z moim partnerem Arkadiuszem Andałą. Nasza spółka nazywa się
Biuro „Rutkowski-Andała”. Po rozwodzie nie zmieniłam zawodu, który
nadal jest moim wyzwaniem i spełnieniem. Czuję się współtwórczynią
polskiej  detektywistyki i wiem, że wywarłam wpływ na jej rozwój.
Zawsze liczyła się dla mnie rzetelność i fachowość - o to dbałam w
firmie i tak już pozostało.

Czy kontaktuje się Pani z byłym mężem w sprawach zawodowych?

-
Tak, czasem pomagam jego firmom zawodowo. Nieraz zdarza się, że nasze
biura otrzymują z różnych rąk to samo zlecenie. Wtedy staramy się nie
wchodzić sobie w drogę i potrafimy funkcjonować bezkolizyjnie.

(Aktivlife) na podst. ,,Na tropie”


Copyright © Aktivlife.eu - PRESS NEWS 2010. Wszystkie zawarte na stronie materiały chronione są prawami autorskimi.
Kopiowanie bądź rozpowszechnianie w całości lub fragmentach bez zgody redakcji jest zabronione.